Czasem trzeba wichury, żeby przypomnieć sobie, że codzienność wcale nie musi być zwyczajna.
Wiatr szalał za oknem. Taki, który potrząsa drzewami, gwiżdże w kominie i sprawia, że człowiek z niepokojem zerka na ogród. A kiedy ucichł, pod jabłonią leżały jabłka. Potłuczone, pachnące latem, niektóre jeszcze do końca nie dojrzałe, inne już złote i miękkie.
I właściwie mogłabym pomyśleć: szkoda. Tyle owoców spadło. Ale można też spojrzeć inaczej.
Można pozbierać jabłka do koszyka. Obrać, pokroić i wrzucić do garnka. Można dodać cynamon, kilka goździków i pozwolić, żeby na małym ogniu wydarzyło się coś dobrego.
Najpierw dom wypełnił zapach duszonych jabłek… Ciepły, słodki, trochę korzenny. Taki, który natychmiast przenosi gdzieś indziej. Do kuchni z dzieciństwa. Do jesiennych popołudni. Do kuchennego stołu, przy którym zawsze znalazło się miejsce na kubek herbaty i coś słodkiego.
A potem przyszła szarlotka 😊
Ciasto pod palcami, jabłka pachnące cynamonem, kruszonka rumieniąca się w piekarniku. I ten moment, kiedy po otwarciu drzwiczek piekarnika cały dom na chwilę przestaje być domem, a staje się wspomnieniem.
Zapach świeżo upieczonej szarlotki ma w sobie jakąś niezwykłą moc. Odczarowuje.
Zwykłe jabłka, które spadły po wichurze, zmieniają się w coś, co potrafi zatrzymać człowieka przy stole. Zwykłe popołudnie staje się małym świętem. A kuchnia najcieplejszym miejscem na świecie.
I wtedy znów pomyślałam, że właśnie na tym polega odczarowywanie codzienności. Nie na tym, żeby codziennie działo się coś wielkiego. Tylko żeby umieć zauważyć małe rzeczy.
Jabłka spadające z drzewa. Zapach cynamonu. Goździki w garnku. Ciepło piekarnika. Pierwszy kawałek ciasta, jeszcze trochę zbyt gorący. Herbatę w ulubionym kubku. Czyjąś dłoń, która podaje talerz.
I nagle zwyczajny dzień ma swój własny czar. Pomyślałam też o swojej Babci.
Bo są takie smaki i zapachy, które zostają z nami na zawsze. Takie, których nie trzeba sobie przypominać, wystarczy poczuć i już jesteśmy gdzieś bardzo blisko.
A teraz i ja mogę już nucić:
„U Babci jest słodko,
świat pachnie szarlotką…”
Bo teraz wiem, że ten świat nie musi być tylko wspomnieniem z piosenki.
Może pachnieć szarlotką także tutaj. W mojej kuchni. W moim domu. W zwyczajnym dniu, który jeszcze chwilę temu wydawał się zupełnie niepozorny.
Wystarczy kilka jabłek. Trochę cynamonu. Kilka goździków. I odrobina uważności.
Bo czasem to, co spada nam z drzewa po wichurze, wcale nie jest końcem. Czasem jest początkiem czegoś, co pachnie domem.
Spodobał Ci się tekst?
· To teraz czas na Ciebie 😊 Będzie mi miło, jeśli zostaniemy w kontakcie;
· Odezwij się w komentarzu, dla Ciebie to chwila, dla mnie to bardzo ważna wskazówka;
· Jeśli uważasz, że wpis ten jest wartościowy lub chciałbyś podzielić się z innymi czytelnikami – udostępnij mój post – oznacza to, że doceniasz moją pracę;
· Bądźmy w kontakcie, obserwuj mój blog oraz polub mnie na Facebooku i Instagramie.
Wiatr szalał za oknem. Taki, który potrząsa drzewami, gwiżdże w kominie i sprawia, że człowiek z niepokojem zerka na ogród. A kiedy ucichł, pod jabłonią leżały jabłka. Potłuczone, pachnące latem, niektóre jeszcze do końca nie dojrzałe, inne już złote i miękkie.
I właściwie mogłabym pomyśleć: szkoda. Tyle owoców spadło. Ale można też spojrzeć inaczej.
Można pozbierać jabłka do koszyka. Obrać, pokroić i wrzucić do garnka. Można dodać cynamon, kilka goździków i pozwolić, żeby na małym ogniu wydarzyło się coś dobrego.
Najpierw dom wypełnił zapach duszonych jabłek… Ciepły, słodki, trochę korzenny. Taki, który natychmiast przenosi gdzieś indziej. Do kuchni z dzieciństwa. Do jesiennych popołudni. Do kuchennego stołu, przy którym zawsze znalazło się miejsce na kubek herbaty i coś słodkiego.
A potem przyszła szarlotka 😊
Ciasto pod palcami, jabłka pachnące cynamonem, kruszonka rumieniąca się w piekarniku. I ten moment, kiedy po otwarciu drzwiczek piekarnika cały dom na chwilę przestaje być domem, a staje się wspomnieniem.
Zapach świeżo upieczonej szarlotki ma w sobie jakąś niezwykłą moc. Odczarowuje.
Zwykłe jabłka, które spadły po wichurze, zmieniają się w coś, co potrafi zatrzymać człowieka przy stole. Zwykłe popołudnie staje się małym świętem. A kuchnia najcieplejszym miejscem na świecie.
I wtedy znów pomyślałam, że właśnie na tym polega odczarowywanie codzienności. Nie na tym, żeby codziennie działo się coś wielkiego. Tylko żeby umieć zauważyć małe rzeczy.
Jabłka spadające z drzewa. Zapach cynamonu. Goździki w garnku. Ciepło piekarnika. Pierwszy kawałek ciasta, jeszcze trochę zbyt gorący. Herbatę w ulubionym kubku. Czyjąś dłoń, która podaje talerz.
I nagle zwyczajny dzień ma swój własny czar. Pomyślałam też o swojej Babci.
Bo są takie smaki i zapachy, które zostają z nami na zawsze. Takie, których nie trzeba sobie przypominać, wystarczy poczuć i już jesteśmy gdzieś bardzo blisko.
A teraz i ja mogę już nucić:
„U Babci jest słodko,
świat pachnie szarlotką…”
Bo teraz wiem, że ten świat nie musi być tylko wspomnieniem z piosenki.
Może pachnieć szarlotką także tutaj. W mojej kuchni. W moim domu. W zwyczajnym dniu, który jeszcze chwilę temu wydawał się zupełnie niepozorny.
Wystarczy kilka jabłek. Trochę cynamonu. Kilka goździków. I odrobina uważności.
Bo czasem to, co spada nam z drzewa po wichurze, wcale nie jest końcem. Czasem jest początkiem czegoś, co pachnie domem.
Spodobał Ci się tekst?
· To teraz czas na Ciebie 😊 Będzie mi miło, jeśli zostaniemy w kontakcie;
· Odezwij się w komentarzu, dla Ciebie to chwila, dla mnie to bardzo ważna wskazówka;
· Jeśli uważasz, że wpis ten jest wartościowy lub chciałbyś podzielić się z innymi czytelnikami – udostępnij mój post – oznacza to, że doceniasz moją pracę;
· Bądźmy w kontakcie, obserwuj mój blog oraz polub mnie na Facebooku i Instagramie.




Komentarze
Prześlij komentarz