Jestem zmęczona. Tak bardzo, bardzo zmęczona… I nie, nie chodzi o pracę zawodową, bo tej od wczoraj właściwie nie wykonuję z wielu powodów o których nie chcę mówić. Chodzi o codzienność. O jej intensywność, nieustanne myślenie, zamartwianie się, lęki, stresy i wszystko to, co człowiekowi siedzi w głowie, nawet kiedy teoretycznie powinien odpoczywać. Bo przecież można przez chwilę nie pracować zawodowo, a i tak mieć wrażenie, że człowiek przepracował trzy etaty, przebiegł maraton i jeszcze po drodze rozwiązał kilka problemów świata. No, może nie całego świata, ale własnego podwórka z pewnością. A to też potrafi dać w kość!
Powiem tylko, że człowiek uczy się całe życie, a przy wnukach dochodzi jeszcze specjalizacja z pediatrii, dietetyki i zarządzania kryzysowego. Oczywiście bez dyplomu, za to z praktykami w terenie! 😉
Wczoraj sporo w ciągu dnia się działo, ale to zostanie tylko dla mnie. Mogę jedynie napisać, że po 19:00 przyjechali też Przyjaciele naszej N z południa Polski. Jej teraz w Warszawie nie ma, ale to nie przeszkadza przecież by mogli się u nas zatrzymać załatwiając sprawy w stolicy. Przyjechali, tylko na jedną noc, ale za to nie przyjechali z pustymi rękami! Przywieźli całą brytfankę świeżo upieczonego ciasta z jabłkami i dynią. Takiego połączenia jeszcze nie jadłam, a okazało się przepyszne! Już sam zapach pewnie potrafiłby poprawić człowiekowi humor, a co dopiero kawałek takiego cuda.
Na kolację była pizza, ale o tej porze ja już nie miałam ochoty na jedzenie, jednak kawałeczek ciasta oczywiście się zmieścił. Bo wiadomo, żołądek może być pełny, apetytu może nie być, ale na domowe ciasto zawsze znajdzie się jakaś tajemnicza, dodatkowa przegródka. To chyba jedna z tych funkcji organizmu, których nauka jeszcze do końca nie wyjaśniła 😄
Tak się rozgadaliśmy, że goście poszli się położyć dopiero po 23:00, a dzisiaj od samego rana musiałam być na pełnych obrotach i w pełni sił. Miło było posiedzieć, porozmawiać i na chwilę oderwać się od codziennych spraw. Szkoda tylko, że takie odwiedziny zawsze kończą się szybciej, niż człowiek zdąży się nimi nacieszyć.
Dzisiaj też oprócz różnych spraw do załatwienia od samego rana, miałam troszkę pracy w Małym Domku, bo coś tam się popsuło, coś tam pękło itd. Przy okazji usiadłam sobie na chwilę i włączyłam audiobooka. Cisza, spokój, czysto… Niby nic wielkiego, a dla mnie prawdziwy luksus. Żadnego biegania, żadnego gadania, żadnych pilnych spraw. Tylko ja, audiobook i chwila, w której nie musiałam niczego organizować ani o nic się martwić. Można by pomyśleć, że jestem na ekskluzywnym wyjeździe do SPA, a nie siedzę w domku przy tym co akurat wysycha. Ale cóż, z wiekiem człowiek zaczyna doceniać zupełnie inne atrakcje. Czasem do szczęścia wystarczy święty spokój. Masaż może być, ale nie jest obowiązkowy!
I właśnie wtedy, kiedy zdążyłam już trochę odetchnąć, zadzwonił telefon. Było chwilę przed 12:00. Komisariat. Oczywiście wiedziałam, że będą dzwonić, czekałam na ten telefon już wczoraj. Wiedziałam czego sprawa dotyczy, bo byłam już umówiona na ubiegły tydzień, ale wiadomo jak to w służbach… Była nocna akcja i… Mimo iż wiedziałam co i jak, to jakiś stresik dopadł. Przecież za spokojnie być nie może! 😅
Po powrocie szybki i nie zbyt zdrowy tym razem obiad i lampka wina. I powiem szczerze, że na ten moment nie mam już ochoty absolutnie na nic. Na żadne obowiązki, żadne rozmowy o kolejnych problemach, żadne planowanie, załatwianie czy zastanawianie się, co będzie jutro. Katar też trochę mnie męczy, czuję osłabienie i najchętniej po prostu usiadłabym, przykryła kocem i wyłączyła się na kilka godzin.
Bo to jest chyba właśnie najtrudniejsze w tej całej codzienności. Nie zawsze chodzi o to, ile człowiek fizycznie zrobi. Czasem bardziej męczy to, ile musi pamiętać, o ilu rzeczach myśleć, za kogo się martwić i ile razy dziennie przestawiać własne plany, bo życie znowu wymyśliło coś nowego. Nawet kiedy nie idę do pracy, moja głowa nie ma wolnego. Ona najwyraźniej pracuje na etacie całodobowym, bez urlopu, bez premii i bez możliwości złożenia wypowiedzenia.
A przecież też jestem człowiekiem. Mam prawo być zmęczona, mieć dość, nie mieć ochoty na nic i nie zawsze być tą, która wszystko ogarnia. Mam prawo do dnia, w którym jedynym ambitnym planem będzie zjedzenie frytek, wypicie kieliszka wina i niepodejmowanie żadnych ważnych decyzji. No, może poza wyborem audiobooka na wieczór.
Dzisiaj więc odpuszczam. Przynajmniej spróbuję. Świat się chyba nie zawali, jeśli przez chwilę nie będę trzymała nad wszystkim pieczy. Nie wszystko muszę rozwiązać od razu i nie na wszystko mam wpływ.
A jutro? Jutro się zobaczy.
Na razie chcę tylko trochę ciszy, ciepła i spokoju. Może jeszcze kawałek ciasta z jabłkami i dynią, gdyby przypadkiem gdzieś się uchował. Bo jeśli istnieje coś, co może choć odrobinę osłodzić życie w takim dniu, to właśnie takie małe przyjemności.
I tak sobie myślę, że czasem największym osiągnięciem dnia nie jest zrobienie wszystkiego, co było do zrobienia, ale dotarcie do jego końca i powiedzenie sobie: „Dobrze, na dzisiaj wystarczy. Teraz kolej na mnie”.
I tego właśnie sobie dzisiaj na to popołudnie i wieczór życzę. Trochę mniej stresu, trochę więcej oddechu i choć jednej chwili, w której nie będę musiała być dzielna, zorganizowana ani gotowa na wszystko.
Bo nawet Babcia na pełen etat potrzebuje czasem wolnego. A najlepiej, żeby to wolne obejmowało również Jej głowę! ❤️
Spodobał Ci się tekst?
· To teraz czas na Ciebie 😊 Będzie mi miło, jeśli zostaniemy w kontakcie;
· Odezwij się w komentarzu, dla Ciebie to chwila, dla mnie to bardzo ważna wskazówka;
· Jeśli uważasz, że wpis ten jest wartościowy lub chciałbyś podzielić się z innymi czytelnikami – udostępnij mój post – oznacza to, że doceniasz moją pracę;
· Bądźmy w kontakcie, obserwuj mój blog oraz polub mnie na Instagramie.
Powiem tylko, że człowiek uczy się całe życie, a przy wnukach dochodzi jeszcze specjalizacja z pediatrii, dietetyki i zarządzania kryzysowego. Oczywiście bez dyplomu, za to z praktykami w terenie! 😉
Wczoraj sporo w ciągu dnia się działo, ale to zostanie tylko dla mnie. Mogę jedynie napisać, że po 19:00 przyjechali też Przyjaciele naszej N z południa Polski. Jej teraz w Warszawie nie ma, ale to nie przeszkadza przecież by mogli się u nas zatrzymać załatwiając sprawy w stolicy. Przyjechali, tylko na jedną noc, ale za to nie przyjechali z pustymi rękami! Przywieźli całą brytfankę świeżo upieczonego ciasta z jabłkami i dynią. Takiego połączenia jeszcze nie jadłam, a okazało się przepyszne! Już sam zapach pewnie potrafiłby poprawić człowiekowi humor, a co dopiero kawałek takiego cuda.
Na kolację była pizza, ale o tej porze ja już nie miałam ochoty na jedzenie, jednak kawałeczek ciasta oczywiście się zmieścił. Bo wiadomo, żołądek może być pełny, apetytu może nie być, ale na domowe ciasto zawsze znajdzie się jakaś tajemnicza, dodatkowa przegródka. To chyba jedna z tych funkcji organizmu, których nauka jeszcze do końca nie wyjaśniła 😄
Tak się rozgadaliśmy, że goście poszli się położyć dopiero po 23:00, a dzisiaj od samego rana musiałam być na pełnych obrotach i w pełni sił. Miło było posiedzieć, porozmawiać i na chwilę oderwać się od codziennych spraw. Szkoda tylko, że takie odwiedziny zawsze kończą się szybciej, niż człowiek zdąży się nimi nacieszyć.
Dzisiaj też oprócz różnych spraw do załatwienia od samego rana, miałam troszkę pracy w Małym Domku, bo coś tam się popsuło, coś tam pękło itd. Przy okazji usiadłam sobie na chwilę i włączyłam audiobooka. Cisza, spokój, czysto… Niby nic wielkiego, a dla mnie prawdziwy luksus. Żadnego biegania, żadnego gadania, żadnych pilnych spraw. Tylko ja, audiobook i chwila, w której nie musiałam niczego organizować ani o nic się martwić. Można by pomyśleć, że jestem na ekskluzywnym wyjeździe do SPA, a nie siedzę w domku przy tym co akurat wysycha. Ale cóż, z wiekiem człowiek zaczyna doceniać zupełnie inne atrakcje. Czasem do szczęścia wystarczy święty spokój. Masaż może być, ale nie jest obowiązkowy!
I właśnie wtedy, kiedy zdążyłam już trochę odetchnąć, zadzwonił telefon. Było chwilę przed 12:00. Komisariat. Oczywiście wiedziałam, że będą dzwonić, czekałam na ten telefon już wczoraj. Wiedziałam czego sprawa dotyczy, bo byłam już umówiona na ubiegły tydzień, ale wiadomo jak to w służbach… Była nocna akcja i… Mimo iż wiedziałam co i jak, to jakiś stresik dopadł. Przecież za spokojnie być nie może! 😅
Udało nam się od razu umówić jeszcze na dzisiaj, na 13:00, żebym złożyła zeznania jako świadek. Na Komisariacie poszło dość szybko. Nie wiem, czy bardzo pomogłam w sprawie, ale powiedziałam dokładnie to, co wiedziałam. Zrobiłam tyle, ile mogłam, bez wymyślania historii i dopowiadania czegokolwiek. Reszta należy już do odpowiednich osób.
Po powrocie szybki i nie zbyt zdrowy tym razem obiad i lampka wina. I powiem szczerze, że na ten moment nie mam już ochoty absolutnie na nic. Na żadne obowiązki, żadne rozmowy o kolejnych problemach, żadne planowanie, załatwianie czy zastanawianie się, co będzie jutro. Katar też trochę mnie męczy, czuję osłabienie i najchętniej po prostu usiadłabym, przykryła kocem i wyłączyła się na kilka godzin.
Bo to jest chyba właśnie najtrudniejsze w tej całej codzienności. Nie zawsze chodzi o to, ile człowiek fizycznie zrobi. Czasem bardziej męczy to, ile musi pamiętać, o ilu rzeczach myśleć, za kogo się martwić i ile razy dziennie przestawiać własne plany, bo życie znowu wymyśliło coś nowego. Nawet kiedy nie idę do pracy, moja głowa nie ma wolnego. Ona najwyraźniej pracuje na etacie całodobowym, bez urlopu, bez premii i bez możliwości złożenia wypowiedzenia.
A przecież też jestem człowiekiem. Mam prawo być zmęczona, mieć dość, nie mieć ochoty na nic i nie zawsze być tą, która wszystko ogarnia. Mam prawo do dnia, w którym jedynym ambitnym planem będzie zjedzenie frytek, wypicie kieliszka wina i niepodejmowanie żadnych ważnych decyzji. No, może poza wyborem audiobooka na wieczór.
Dzisiaj więc odpuszczam. Przynajmniej spróbuję. Świat się chyba nie zawali, jeśli przez chwilę nie będę trzymała nad wszystkim pieczy. Nie wszystko muszę rozwiązać od razu i nie na wszystko mam wpływ.
A jutro? Jutro się zobaczy.
Na razie chcę tylko trochę ciszy, ciepła i spokoju. Może jeszcze kawałek ciasta z jabłkami i dynią, gdyby przypadkiem gdzieś się uchował. Bo jeśli istnieje coś, co może choć odrobinę osłodzić życie w takim dniu, to właśnie takie małe przyjemności.
I tak sobie myślę, że czasem największym osiągnięciem dnia nie jest zrobienie wszystkiego, co było do zrobienia, ale dotarcie do jego końca i powiedzenie sobie: „Dobrze, na dzisiaj wystarczy. Teraz kolej na mnie”.
I tego właśnie sobie dzisiaj na to popołudnie i wieczór życzę. Trochę mniej stresu, trochę więcej oddechu i choć jednej chwili, w której nie będę musiała być dzielna, zorganizowana ani gotowa na wszystko.
Bo nawet Babcia na pełen etat potrzebuje czasem wolnego. A najlepiej, żeby to wolne obejmowało również Jej głowę! ❤️
Spodobał Ci się tekst?
· To teraz czas na Ciebie 😊 Będzie mi miło, jeśli zostaniemy w kontakcie;
· Odezwij się w komentarzu, dla Ciebie to chwila, dla mnie to bardzo ważna wskazówka;
· Jeśli uważasz, że wpis ten jest wartościowy lub chciałbyś podzielić się z innymi czytelnikami – udostępnij mój post – oznacza to, że doceniasz moją pracę;
· Bądźmy w kontakcie, obserwuj mój blog oraz polub mnie na Instagramie.




Komentarze
Prześlij komentarz