Nie zawsze można pojechać za miasto.
Czasem codzienność ma zupełnie inne plany. Zamiast spaceru wśród Gór, lasów, szeleszczących liści i drzew, które jesienią najwyraźniej postanawiają urządzić sobie konkurs na najbardziej spektakularny kolor, są badania, wizyty, sprawy do załatwienia i powrót do domu.
I tak właśnie było w pewien ciepły, słoneczny, październikowy czwartek.
Wracałam z badań. Niby zwyczajna droga, którą pokonuje się bez większego zastanowienia. Ta sama ulica, te same skrzyżowania, mijane budynki. Tylko że tego dnia coś kazało mi patrzeć uważniej.
Może słońce. Może jesień. A może człowiek zaczyna bardziej doceniać to, co ma przed oczami, kiedy nie może pojechać tam, gdzie chciałby być.
Po drodze było mnóstwo kolorów. Dynie wśród biurowców, żółte liście, rude liście, jeszcze zielone liście, a pomiędzy nimi te, które chyba same nie mogły się zdecydować, kim właściwie chcą być tej jesieni.
I pomyślałam, że może z nami jest podobnie.
Nie zawsze jesteśmy gotowi na zmianę. Czasem kurczowo trzymamy się zieleni, chociaż życie już dawno zaczęło malować nas na czerwono, żółto, pomarańczowo i rudo. A potem przychodzi taki dzień, kiedy trzeba po prostu pozwolić sobie opaść.
Jak liść. Bez wielkich deklaracji. Bez konieczności udowadniania całemu światu, że wszystko jest w porządku.
Tego dnia nie wszystko było w porządku.
I chyba właśnie dlatego tak bardzo potrzebowałam tych kilku chwil, kiedy mogłam cieszyć się tym, co znalazło się po drodze.
Bo życie nie zawsze daje nam to, czego potrzebujemy. Czasem daje nam tylko kawałek nieba między biurowcami.
Plamę słońca na chodniku. Drzewo, które postanowiło zaszaleć z kolorem. I kubek kawy wypity już w domu.
I wiesz co?
Na tamten moment wystarczyło. Bo są takie chwile, kiedy nie trzeba szukać szczęścia gdzieś daleko. Ono potrafi się przyczaić za zakrętem, na przystanku albo między badaniami a pracą.
Trzeba tylko czasem podnieść wzrok. Albo… co bywa najtrudniejsze… przestać na chwilę myśleć o tym, co będzie jutro.
Ta jesień trochę mnie wzrusza.
Jest piękna, ale ma w sobie tę świadomość, że nic nie trwa wiecznie. Liście są zachwycające właśnie dlatego, że za chwilę ich nie będzie. Słońce grzeje, choć wiemy, że dni będą coraz krótsze. Natura jakoś spokojnie przyjmuje przemijanie.
Człowiekowi przychodzi to znacznie trudniej.
My chcielibyśmy zatrzymać dobre chwile, dobre wyniki, dobre wiadomości, ludzi, których kochamy, zdrowie, spokój i jeszcze najlepiej pogodę na weekend.
Natura patrzy na nas z drzewa i chyba mówi: „Kochani, naprawdę nie da się wszystkiego naraz.”
I ma rację. Dlatego wracając tego październikowego czwartku pełnego również lęków, postanowiłam nie myśleć za dużo.
Po prostu patrzyłam. Na drzewa. Na światło. Na ludzi spieszących dokądś, choć pewnie większość z nich miała własne powody, żeby się spieszyć.
I uśmiechnęłam się do siebie. Bo skoro nie mogę pojechać podziwiać jesieni, to będę podziwiać tę, która sama przyszła do mnie.
Może właśnie tego czasem potrzebujemy najbardziej. Nie wielkich planów.
Nie spektakularnych zmian. Tylko zauważenia tego małego kawałka dobra, który akurat znalazł się na naszej drodze.
A jeśli przy okazji jakiś liść spadnie nam na głowę, potraktujmy to jako jesienny komplement. W końcu nie każdy dostaje od natury osobiste pozdrowienia.
Ja dostałam. I wróciłam do domu trochę spokojniejsza. Nie dlatego, że nagle wszystko stało się łatwe. Po prostu przez kilka minut patrzyłam na świat, który mimo wszystko nadal był piękny.
A czasem to naprawdę dużo.
Spodobał Ci się tekst?
· To teraz czas na Ciebie 😊 Będzie mi miło, jeśli zostaniemy w kontakcie;
· Odezwij się w komentarzu, dla Ciebie to chwila, dla mnie to bardzo ważna wskazówka;
· Jeśli uważasz, że wpis ten jest wartościowy lub chciałbyś podzielić się z innymi czytelnikami – udostępnij mój post – oznacza to, że doceniasz moją pracę;
· Bądźmy w kontakcie, obserwuj mój blog oraz polub mnie na Instagramie.
Czasem codzienność ma zupełnie inne plany. Zamiast spaceru wśród Gór, lasów, szeleszczących liści i drzew, które jesienią najwyraźniej postanawiają urządzić sobie konkurs na najbardziej spektakularny kolor, są badania, wizyty, sprawy do załatwienia i powrót do domu.
I tak właśnie było w pewien ciepły, słoneczny, październikowy czwartek.
Wracałam z badań. Niby zwyczajna droga, którą pokonuje się bez większego zastanowienia. Ta sama ulica, te same skrzyżowania, mijane budynki. Tylko że tego dnia coś kazało mi patrzeć uważniej.
Może słońce. Może jesień. A może człowiek zaczyna bardziej doceniać to, co ma przed oczami, kiedy nie może pojechać tam, gdzie chciałby być.
Po drodze było mnóstwo kolorów. Dynie wśród biurowców, żółte liście, rude liście, jeszcze zielone liście, a pomiędzy nimi te, które chyba same nie mogły się zdecydować, kim właściwie chcą być tej jesieni.
I pomyślałam, że może z nami jest podobnie.
Nie zawsze jesteśmy gotowi na zmianę. Czasem kurczowo trzymamy się zieleni, chociaż życie już dawno zaczęło malować nas na czerwono, żółto, pomarańczowo i rudo. A potem przychodzi taki dzień, kiedy trzeba po prostu pozwolić sobie opaść.
Jak liść. Bez wielkich deklaracji. Bez konieczności udowadniania całemu światu, że wszystko jest w porządku.
Tego dnia nie wszystko było w porządku.
I chyba właśnie dlatego tak bardzo potrzebowałam tych kilku chwil, kiedy mogłam cieszyć się tym, co znalazło się po drodze.
Bo życie nie zawsze daje nam to, czego potrzebujemy. Czasem daje nam tylko kawałek nieba między biurowcami.
Plamę słońca na chodniku. Drzewo, które postanowiło zaszaleć z kolorem. I kubek kawy wypity już w domu.
I wiesz co?
Na tamten moment wystarczyło. Bo są takie chwile, kiedy nie trzeba szukać szczęścia gdzieś daleko. Ono potrafi się przyczaić za zakrętem, na przystanku albo między badaniami a pracą.
Trzeba tylko czasem podnieść wzrok. Albo… co bywa najtrudniejsze… przestać na chwilę myśleć o tym, co będzie jutro.
Ta jesień trochę mnie wzrusza.
Jest piękna, ale ma w sobie tę świadomość, że nic nie trwa wiecznie. Liście są zachwycające właśnie dlatego, że za chwilę ich nie będzie. Słońce grzeje, choć wiemy, że dni będą coraz krótsze. Natura jakoś spokojnie przyjmuje przemijanie.
Człowiekowi przychodzi to znacznie trudniej.
My chcielibyśmy zatrzymać dobre chwile, dobre wyniki, dobre wiadomości, ludzi, których kochamy, zdrowie, spokój i jeszcze najlepiej pogodę na weekend.
Natura patrzy na nas z drzewa i chyba mówi: „Kochani, naprawdę nie da się wszystkiego naraz.”
I ma rację. Dlatego wracając tego październikowego czwartku pełnego również lęków, postanowiłam nie myśleć za dużo.
Po prostu patrzyłam. Na drzewa. Na światło. Na ludzi spieszących dokądś, choć pewnie większość z nich miała własne powody, żeby się spieszyć.
I uśmiechnęłam się do siebie. Bo skoro nie mogę pojechać podziwiać jesieni, to będę podziwiać tę, która sama przyszła do mnie.
Może właśnie tego czasem potrzebujemy najbardziej. Nie wielkich planów.
Nie spektakularnych zmian. Tylko zauważenia tego małego kawałka dobra, który akurat znalazł się na naszej drodze.
A jeśli przy okazji jakiś liść spadnie nam na głowę, potraktujmy to jako jesienny komplement. W końcu nie każdy dostaje od natury osobiste pozdrowienia.
Ja dostałam. I wróciłam do domu trochę spokojniejsza. Nie dlatego, że nagle wszystko stało się łatwe. Po prostu przez kilka minut patrzyłam na świat, który mimo wszystko nadal był piękny.
A czasem to naprawdę dużo.
Spodobał Ci się tekst?
· To teraz czas na Ciebie 😊 Będzie mi miło, jeśli zostaniemy w kontakcie;
· Odezwij się w komentarzu, dla Ciebie to chwila, dla mnie to bardzo ważna wskazówka;
· Jeśli uważasz, że wpis ten jest wartościowy lub chciałbyś podzielić się z innymi czytelnikami – udostępnij mój post – oznacza to, że doceniasz moją pracę;
· Bądźmy w kontakcie, obserwuj mój blog oraz polub mnie na Instagramie.














Komentarze
Prześlij komentarz