Tarnów po włosku, czyli Dziadkowie mają wychodne…

W piątek o 11:00 ruszyliśmy do Tarnowa. Do Kielc poszło szybko, a później, jak to zwykle bywa… im bliżej, tym dalej 😉 Okazało się, że przez Kraków byłoby jeszcze dłużej, więc zamiast pchać się w korki, pojechaliśmy przez małe miejscowości. I tak, po prawie czterech godzinach, dotarliśmy do... 


... „Mamma Mia”, miejsca, w którym przyjmuje klientów Barbara (na zaproszenie której tam właśnie przybyliśmy) razem ze swoją drugą połową Nico.

A „Mamma Mia” to nie jest zwykłe miejsce. Gotują tam i sprzedają potrawy z Neapolu, spotykają się ze znajomymi i chyba trochę przenoszą kawałek Włoch do Tarnowa.

Na początek były oczywiście uściski, radość, pyszne jedzenie i spritz. Czyli wszystko, co człowiekowi po czterech godzinach jazdy jest absolutnie niezbędne do życia😉 (w lokalu jest zakaz używania telefonu, ale dwa zdjęcia udało mi się zrobić. Liczą się rozmowy, czas z bycia razem, smaki, bycie "tu i teraz" bez rozpraszaczy).




Później poszliśmy na spacer po Rynku. Tarnowski Rynek jest teraz dodatkowo wyjątkowy, bo kręcą tam „Noce i Dnie”. Wszystko wygląda więc trochę magicznie. Człowiek idzie sobie spokojnie ulicą i ma wrażenie, że za chwilę ktoś wyskoczy zza rogu w stroju z innej epoki. Brakowało tylko jadącego powozu i dramatycznej muzyki w tle 😉
















Wieczorem była deska serów i wędlin, wino i… dużo włoskiego. Naprawdę dużo.

Każdy, kto tam przychodził, nawet Polacy, mówił po włosku. I nagle znaleźliśmy się w małym włoskim świecie, tylko zamiast Neapolu był Tarnów, a zamiast Wezuwiusza gdzieś w tle czaił się tarnowski Rynek 😉




W sobotę pozwoliliśmy sobie na luksus dłuższego spania. Potem pojechaliśmy razem na targ, przeszliśmy się na krótki spacer i oczywiście znowu trafiliśmy do „Mamma Mia”.

Były nowe smaki na powietrzu jeszcze pachnącym latem, było Prosecco robione przez znajomego Barbary, były rozmowy, śmiech i kolejny spacer na Rynek. Była też chwila u Barbary i bardzo konkretna pomoc w przycinaniu Jej drzewek w ogródku. Czyli weekend weekendem, ale jak widać, człowiek nie przyjeżdża do Tarnowa tylko po to, żeby siedzieć i pić Prosecco. Czasem trzeba jeszcze popracować😉




Pogoda była cudna. 20 stopni, słońce, przyjemne powietrze. A przed 21:00 ruszyliśmy na kolację do Pizzerii Fornax. 

I tam dopiero się działo!

Było nas sporo, w tym rodzina, w której rozmowy toczyły się po włosku. Co jakiś czas przewijał się polski, bo mama jest Polką, ale zdecydowanie tego wieczoru królował język włoski.

No i pizza. Pizza neapolitańska! Jak będziesz w Tarnowie, musisz tam zjeść i poczuć klimat Italii. (Jest obok Rynku).

Muszę przyznać… była pyszna. Naprawdę pyszna. Tyle tylko, że o tej porze mój organizm uznał, że jeden kawałek to już jest bardzo ambitny plan żywieniowy 😂

Michał był zdecydowanie bardziej przygotowany do tego wyzwania. Zjadł kilka kawałków, do tego jedną z dwóch kanapek. Resztę zabraliśmy na wynos, żeby następnego dnia dać spróbować dzieciarni.






I dobrze zrobiliśmy, bo pizza następnego dnia też miała swoje pięć minut.

W niedzielę udało nam się wyjechać przed 10:00, więc przed 13:00 byliśmy już w domu by pomóc w przeprowadzce mojej Siostrzenicy 😊

A potem już obiadek i seans „Lalki” z Natalką.

I właściwie mogłabym w tym miejscu zakończyć opowieść o wyjeździe.

Mogłabym napisać: było pięknie, było włosko, było smacznie, odpoczęliśmy, naładowaliśmy baterie i wróciliśmy szczęśliwi.

Tylko że… nie.

Bo prawda jest trochę inna.

Myślałam, że odpocznę. Że będę się dobrze bawić. Że pogadam, pośmieję się, nacieszę ludźmi i po prostu oderwę głowę od wszystkiego.

A tymczasem okazało się, że stres ostatnich miesięcy dał mi nieźle w kość.

Nie miałam siły na rozmowy. Na śmiech. Na zabawę. Nawet na zwyczajne bycie „tu i teraz”. Miałam wrażenie, że moje ciało zwyczajnie odmawia posłuszeństwa. Jakby ktoś wyjął ze mnie baterię i zapomniał włożyć nową.

I chyba dopiero wtedy dotarło do mnie, jak bardzo jestem zmęczona.

Bo czasem człowiek jedzie odpocząć, a dopiero kiedy już usiądzie, zje, wypije, pośmieję się i na chwilę zwolni, ciało mówi: „No dobrze. To teraz ja ci pokażę, ile naprawdę masz jeszcze energii”.

Okazuje się, że niewiele.

A na deser, żeby przypadkiem emocji nie było za mało, w sobotę wieczorem, tuż przed naszym wyjściem na kolację, zadzwoniła młodsza Córcia… 
Serce waliło mi jak oszalałe. Aż bolało w klatce piersiowej. O tym co się stało zostawię tylko dla nas… 
Powiem tylko, że zostałam z tym swoim walącym sercem i myślą: „Naprawdę? Nawet teraz?”

Ach…

Chyba właśnie tak wygląda życie. Człowiek jedzie do Tarnowa do przyjaciółki po włoski klimat, Prosecco, pizzę i odpoczynek. Dostaje włoski klimat, Prosecco, pizzę… …i jeszcze mały bonus w postaci refleksji nad własnym poziomem wyczerpania oraz nocny dyżur emocjonalny…

Ale mimo wszystko… dobrze było pojechać.

Dobrze było zobaczyć Barbarę, poznać Nico i Ich przyjaciela, pobyć z ludźmi, pospacerować, pojeść, pośmiać się, posłuchać włoskiego i choć przez chwilę poczuć, że świat może być prosty: słońce, 20 stopni, kieliszek Prosecco, pizza i rozmowa.

Może nie odpoczęłam tak, jak sobie wyobrażałam. Ale chyba dostałam coś ważniejszego. Przypomnienie, że naprawdę potrzebuję odpoczynku. Takiego prawdziwego.

Nie „jedziemy gdzieś, więc odpoczywam”. Tylko takiego, w którym człowiek może wreszcie niczego nie musieć.

Nawet być w dobrym humorze ❤️












Spodobał Ci się tekst?

· To teraz czas na Ciebie 😊 Będzie mi miło, jeśli zostaniemy w kontakcie;
· Odezwij się w komentarzu, dla Ciebie to chwila, dla mnie to bardzo ważna wskazówka;
· Jeśli uważasz, że wpis ten jest wartościowy lub chciałbyś podzielić się z innymi czytelnikami – udostępnij mój post – oznacza to, że doceniasz moją pracę;
· Bądźmy w kontakcie, obserwuj mój blog oraz polub mnie na Instagramie.


Komentarze