Sierpień w ogródku ma w sobie coś z czarodzieja, który powoli pakuje walizkę, ale jeszcze nie zdradza, dokąd się wybiera.
Niby lato trwa, Słońce nadal potrafi przypalić nos, pomidory czerwienią się bezwstydnie, a cukinie produkują się z takim rozmachem, jakby zamierzały przejąć rynek warzywny Europy 😉 A jednak między jednym porankiem a drugim pojawia się coś nowego. Światło jest bardziej miękkie. Wieczór przychodzi odrobinę wcześniej. Trawa, choć nadal zielona, zaczyna wyglądać tak, jakby miała swoje jesienne plany.
W sierpniu ogród przypomina, że nic nie stoi w miejscu. Nawet jeśli bardzo byśmy chcieli.
Patrzę na rabaty i myślę, że ogród jest chyba najlepszym nauczycielem odczarowywania codzienności. Nie potrzebuje wielkich wydarzeń. Wystarczy kubek herbaty wypity na tarasie, pszczoła, która z pełną powagą wchodzi do kwiatu, albo ogórek znaleziony rano pod liśćmi, wielkości małego przedramienia. Człowiek wychodzi tylko podlać pomidory, a wraca z filozoficzną refleksją i warzywem, które wymaga natychmiastowej interwencji kulinarnej.
Magia nie zawsze wygląda jak brokat. Czasem wygląda jak ziemia pod paznokciami.
W sierpniu szczególnie mocno czuję, że ogród nie jest miejscem, które mamy ujarzmić. Raczej miejscem, które pozwala nam na chwilę przestać się ujarzmiać samym sobie. Nie wszystko musi być zrobione. Nie każda chwastowa łodyżka musi zostać pokonana. Nie każda chwila musi być produktywna.
Można po prostu usiąść…. I popatrzeć.
Na kwiaty, które przekwitają bez poczucia porażki. Na owoce, które dojrzewają wtedy, kiedy są gotowe, a nie wtedy, kiedy wpisaliśmy je do kalendarza. Na rośliny, które po deszczu podnoszą się bez analizowania, czy przypadkiem nie powinny były wcześniej lepiej przygotować się na burzę.
Może tego właśnie warto nauczyć się od sierpnia…
Że przemijanie nie musi być smutne. Że coś może się kończyć i jednocześnie być piękne. Że nie wszystko, co więdnie, jest stracone.
I że czasem największym luksusem jest mieć popołudnie, którego nie trzeba nigdzie doprowadzać.
Sierpień siedzi więc w moim ogródku na starej drewnianej ławce. Trochę zmęczony upałem, trochę rozleniwiony i zdecydowanie zbyt pewny siebie, jeśli chodzi o ilość cukinii.
Spodobał Ci się tekst?
· To teraz czas na Ciebie 😊 Będzie mi miło, jeśli zostaniemy w kontakcie;
· Odezwij się w komentarzu, dla Ciebie to chwila, dla mnie to bardzo ważna wskazówka;
· Jeśli uważasz, że wpis ten jest wartościowy lub chciałbyś podzielić się z innymi czytelnikami – udostępnij mój post – oznacza to, że doceniasz moją pracę;
· Bądźmy w kontakcie, obserwuj mój blog oraz polub mnie na Facebooku i Instagramie.
Niby lato trwa, Słońce nadal potrafi przypalić nos, pomidory czerwienią się bezwstydnie, a cukinie produkują się z takim rozmachem, jakby zamierzały przejąć rynek warzywny Europy 😉 A jednak między jednym porankiem a drugim pojawia się coś nowego. Światło jest bardziej miękkie. Wieczór przychodzi odrobinę wcześniej. Trawa, choć nadal zielona, zaczyna wyglądać tak, jakby miała swoje jesienne plany.
W sierpniu ogród przypomina, że nic nie stoi w miejscu. Nawet jeśli bardzo byśmy chcieli.
Patrzę na rabaty i myślę, że ogród jest chyba najlepszym nauczycielem odczarowywania codzienności. Nie potrzebuje wielkich wydarzeń. Wystarczy kubek herbaty wypity na tarasie, pszczoła, która z pełną powagą wchodzi do kwiatu, albo ogórek znaleziony rano pod liśćmi, wielkości małego przedramienia. Człowiek wychodzi tylko podlać pomidory, a wraca z filozoficzną refleksją i warzywem, które wymaga natychmiastowej interwencji kulinarnej.
Magia nie zawsze wygląda jak brokat. Czasem wygląda jak ziemia pod paznokciami.
W sierpniu szczególnie mocno czuję, że ogród nie jest miejscem, które mamy ujarzmić. Raczej miejscem, które pozwala nam na chwilę przestać się ujarzmiać samym sobie. Nie wszystko musi być zrobione. Nie każda chwastowa łodyżka musi zostać pokonana. Nie każda chwila musi być produktywna.
Można po prostu usiąść…. I popatrzeć.
Na kwiaty, które przekwitają bez poczucia porażki. Na owoce, które dojrzewają wtedy, kiedy są gotowe, a nie wtedy, kiedy wpisaliśmy je do kalendarza. Na rośliny, które po deszczu podnoszą się bez analizowania, czy przypadkiem nie powinny były wcześniej lepiej przygotować się na burzę.
Może tego właśnie warto nauczyć się od sierpnia…
Że przemijanie nie musi być smutne. Że coś może się kończyć i jednocześnie być piękne. Że nie wszystko, co więdnie, jest stracone.
I że czasem największym luksusem jest mieć popołudnie, którego nie trzeba nigdzie doprowadzać.
Sierpień siedzi więc w moim ogródku na starej drewnianej ławce. Trochę zmęczony upałem, trochę rozleniwiony i zdecydowanie zbyt pewny siebie, jeśli chodzi o ilość cukinii.
Spodobał Ci się tekst?
· To teraz czas na Ciebie 😊 Będzie mi miło, jeśli zostaniemy w kontakcie;
· Odezwij się w komentarzu, dla Ciebie to chwila, dla mnie to bardzo ważna wskazówka;
· Jeśli uważasz, że wpis ten jest wartościowy lub chciałbyś podzielić się z innymi czytelnikami – udostępnij mój post – oznacza to, że doceniasz moją pracę;
· Bądźmy w kontakcie, obserwuj mój blog oraz polub mnie na Facebooku i Instagramie.































Komentarze
Prześlij komentarz