Są takie dni, które z pozoru nie różnią się niczym od innych.
Wstajesz rano. Robisz herbatę. Wychodzisz na balkon. Myślisz o tym, co trzeba zrobić, co czeka, co jeszcze niezałatwione. W głowie jak zwykle toczy się ten niekończący się dialog z samą sobą.
A potem nagle podejmujesz prostą decyzję: „Jedźmy na dożynki.”
I okazuje się, że czasami właśnie tyle potrzeba, żeby na kilka godzin odczarować codzienność.
Po herbacie wypitej na balkonie, jeszcze przed 11:00, pojechałyśmy z N na Dożynki Gminy Garbów.
To tylko około 20 minut drogi, ale już sama trasa wprawiła mnie w dobry nastrój. Piękna okolica, pola, letni krajobraz i ten rodzaj spokoju, którego w mieście czasami tak bardzo brakuje.
Na miejscu od razu poczułyśmy, że wszystko jest dobrze zorganizowane. Strażacy kierowali samochody na parkingi, nikt się nie denerwował, nie było chaosu. A nad wszystkim świeciło słońce i temperatura dochodziła do 26 stopni.
Idealny dzień na świętowanie plonów. I chyba właśnie wtedy zaczęło się moje małe „odczarowywanie” rzeczywistości.
Pierwszym punktem był Korowód Dożynkowy i powitanie delegacji wieńcowych. I wtedy przepadłam.
Kolory, muzyka na żywo, stroje ludowe, kwiaty, zboże, wstążki, uśmiechnięci ludzie i przede wszystkim wieńce. Każdy inny. Każdy misternie wykonany. Każdy będący właściwie małym dziełem sztuki.
Patrzyłam na te wszystkie delegacje i myślałam sobie, że jak bardzo niezwykłe jest to, że w czasach telefonów, internetu, zakupów online i życia w ciągłym pośpiechu wciąż potrafimy spotkać się wokół czegoś tak starego i prostego jak chleb, zboże i podziękowanie za plony.
Dożynki nie są przecież tylko festynem.
To święto końca żniw i podziękowanie za całoroczny trud związany z pracą na roli. Na Lubelszczyźnie tradycja ta nadal jest bardzo żywa, jej współczesna forma łączy dawne zwyczaje związane z zakończeniem żniw z religijnym dziękczynieniem.
Najbardziej zachwyciły mnie wieńce dożynkowe.
W Garbowie tradycja ich przygotowywania jest mocno związana z lokalną wspólnotą. Delegacje poszczególnych sołectw przynoszą wieńce wykonane między innymi z kłosów zbóż, owoców, kwiatów, ziół i kolorowych wstążek. Nie są one wyłącznie dekoracją…symbolizowały wdzięczność za szczęśliwe zakończenie żniw i zebrane plony.
I chyba właśnie dlatego tak trudno przejść obok nich obojętnie. W każdym można zobaczyć kawałek czyjejś pracy.
Ktoś musiał zebrać odpowiednie zboże. Ktoś wymyślił kształt. Ktoś godzinami układał kłosy. Ktoś dobrał kwiaty i kolory. Ktoś inny pewnie pilnował, żeby wszystko wytrzymało drogę i prezentowało się pięknie.
To nie jest rzecz kupiona w sklepie. To jest czas, praca, tradycja i wspólnota zamknięte w jednym wieńcu.
Jest jeszcze chleb.
Na dożynkach jego znaczenie jest szczególne. To symbol plonów, dostatku, pracy rolnika i nadziei, że nikomu nie zabraknie pożywienia. Współczesne obchody często obejmują poświęcenie chleba podczas mszy, a później dzielenie się nim z mieszkańcami i gośćmi. I tak było i tym razem 😊
I właśnie ten obraz szczególnie mi się spodobał.
Bo czym innym jest chleb na sklepowej półce, a czym innym chleb, którym ludzie dzielą się ze sobą podczas święta. Nagle zwyczajna kromka przestaje być zwyczajna.
O 12:00 rozpoczęła się msza. A my z N w tym czasie oglądałyśmy kolejne stanowiska. I tutaj też można było zobaczyć, jak współczesne dożynki łączą wiele elementów.
Jest religia, bo to przecież dziękczynienie za plony.
Jest tradycja ludowa.
Jest praca rolników.
Są Koła Gospodyń Wiejskich, lokalni twórcy, regionalne potrawy, przetwory, rękodzieło.
Jest muzyka.
I jest po prostu potrzeba bycia razem.
Lubelskie dożynki bardzo mocno zachowują właśnie ten charakter. Barwne korowody, wieńce, chleby, regionalne jedzenie za darmo lub co łaska i występy zespołów ludowych są nie tylko atrakcjami, ale sposobem na podtrzymywanie lokalnych tradycji i integrowanie mieszkańców.
Podjadłyśmy, napiłyśmy się, oglądałyśmy wszystko, co tylko można było obejrzeć.
Kupiłyśmy dwa duże słoiki marynowanej cukinii, po 5 zł za sztukę. Do tego dwa słoiczki dżemu z czerwonej porzeczki: jeden z imbirem, drugi z ostrą papryczką. Też po 5 zł.
I właśnie takie rzeczy lubię najbardziej. Nie wielkie, luksusowe zakupy.
Tylko mały słoiczek czegoś przygotowanego przez kogoś lokalnie, który później stawiasz w swojej kuchni i wiesz, skąd pochodzi.
Było też wspomniane wcześniej roznoszenie chleba w koszach i częstowanie nim przybyłych. Tak po prostu. Bez wielkiej filozofii.
I chyba właśnie w takich gestach najłatwiej zobaczyć prawdziwą gościnność.
Wracając do domu zdałam sobie sprawę, że wydarzyło się coś, czego wcale nie planowałam.
Przez tych kilka godzin nie myślałam o swoich problemach.
Naprawdę. One gdzieś były. Nie zniknęły przecież magicznie. Ale zostały bardzo głęboko schowane. Na kilka godzin nie musiałam niczego analizować. Nie musiałam przewidywać. Nie musiałam się bać. Nie musiałam zastanawiać się, co będzie jutro.
Byłam tam.
Wśród ludzi.
Wśród muzyki.
Wśród kolorowych strojów.
Patrzyłam na wieńce, jadłam lokalne jedzenie, zachwycałam się słoikami z cukinią i porzeczkowym dżemem, słuchałam muzyki i po prostu byłam.
Tu i teraz. I nagle zrozumiałam, jak bardzo tego potrzebowałam.
Nie zawsze trzeba wyjeżdżać daleko. Nie zawsze trzeba mieć wielki plan. Nie trzeba kupować biletów na samolot, rezerwować hotelu ani organizować wielkiej przygody. Czasami wystarczy samochód, 20 minut drogi i decyzja: „Jedźmy zobaczyć, co się dzieje.”
A potem można znaleźć się w świecie, który wygląda trochę inaczej niż ten, w którym żyjemy na co dzień.
W świecie, gdzie ktoś własnymi rękami zrobił piękny wieniec. Gdzie chleb nadal jest symbolem czegoś więcej niż tylko jedzenia. Gdzie ludzie przynoszą swoje plony, przetwory i rękodzieło. Gdzie można poczęstować obcego człowieka kawałkiem chleba. Gdzie kobiety i mężczyźni zakładają odświętne, tradycyjne stroje. Gdzie muzyka gra na żywo, a ludzie naprawdę się spotykają.
I nagle okazuje się, że to, co wydawało się zwyczajną niedzielą, staje się małym świętem. Mamy naprawdę piękne tradycje. Wracałam z Garbowa zachwycona. Strojami. Wieńcami. Muzyką. Jedzeniem. Ludźmi. Tą naturalnością i swojskością.
Ale najbardziej chyba zachwyciło mnie to, że te tradycje nadal żyją. Nie są tylko eksponatem w muzeum. Można je zobaczyć, dotknąć, usłyszeć i posmakować. Można zobaczyć młodszych i starszych ludzi stojących obok siebie w jednym korowodzie. I pomyśleć: „Tak, mamy naprawdę piękne tradycje.” Tylko czasami trzeba zwolnić, żeby je zauważyć.
Tego dnia nie wydarzyło się nic spektakularnego. Nie zdobyłam żadnego szczytu. Nie zobaczyłam nowego kraju. Nie zrobiłam niczego, czym można byłoby pochwalić się w wielkiej podróżniczej relacji. Po prostu pojechałam na Dożynki. A jednak wróciłam z czymś bardzo ważnym. Z kilkoma słoikami przetworów. Z zapachem końca lata. Z obrazem kolorowych wieńców przed oczami. Z poczuciem, że uczestniczyłam w czymś prawdziwym. I z kilkoma godzinami, podczas których moje troski przestały być najważniejszą rzeczą na świecie.
I może właśnie dlatego te zwyczajne kilka godzin okazało się dla mnie czymś niezwykłym. Bo czasami życie nie potrzebuje wielkiej zmiany. Czasami wystarczy je na chwilę odczarować 🌾☀️💛
Spodobał Ci się tekst?
· To teraz czas na Ciebie 😊 Będzie mi miło, jeśli zostaniemy w kontakcie;
· Odezwij się w komentarzu, dla Ciebie to chwila, dla mnie to bardzo ważna wskazówka;
· Jeśli uważasz, że wpis ten jest wartościowy lub chciałbyś podzielić się z innymi czytelnikami – udostępnij mój post – oznacza to, że doceniasz moją pracę;
· Bądźmy w kontakcie, obserwuj mój blog oraz polub mnie na Facebooku i Instagramie.
Wstajesz rano. Robisz herbatę. Wychodzisz na balkon. Myślisz o tym, co trzeba zrobić, co czeka, co jeszcze niezałatwione. W głowie jak zwykle toczy się ten niekończący się dialog z samą sobą.
A potem nagle podejmujesz prostą decyzję: „Jedźmy na dożynki.”
I okazuje się, że czasami właśnie tyle potrzeba, żeby na kilka godzin odczarować codzienność.
Po herbacie wypitej na balkonie, jeszcze przed 11:00, pojechałyśmy z N na Dożynki Gminy Garbów.
To tylko około 20 minut drogi, ale już sama trasa wprawiła mnie w dobry nastrój. Piękna okolica, pola, letni krajobraz i ten rodzaj spokoju, którego w mieście czasami tak bardzo brakuje.
Na miejscu od razu poczułyśmy, że wszystko jest dobrze zorganizowane. Strażacy kierowali samochody na parkingi, nikt się nie denerwował, nie było chaosu. A nad wszystkim świeciło słońce i temperatura dochodziła do 26 stopni.
Idealny dzień na świętowanie plonów. I chyba właśnie wtedy zaczęło się moje małe „odczarowywanie” rzeczywistości.
Pierwszym punktem był Korowód Dożynkowy i powitanie delegacji wieńcowych. I wtedy przepadłam.
Kolory, muzyka na żywo, stroje ludowe, kwiaty, zboże, wstążki, uśmiechnięci ludzie i przede wszystkim wieńce. Każdy inny. Każdy misternie wykonany. Każdy będący właściwie małym dziełem sztuki.
Patrzyłam na te wszystkie delegacje i myślałam sobie, że jak bardzo niezwykłe jest to, że w czasach telefonów, internetu, zakupów online i życia w ciągłym pośpiechu wciąż potrafimy spotkać się wokół czegoś tak starego i prostego jak chleb, zboże i podziękowanie za plony.
Dożynki nie są przecież tylko festynem.
To święto końca żniw i podziękowanie za całoroczny trud związany z pracą na roli. Na Lubelszczyźnie tradycja ta nadal jest bardzo żywa, jej współczesna forma łączy dawne zwyczaje związane z zakończeniem żniw z religijnym dziękczynieniem.
Najbardziej zachwyciły mnie wieńce dożynkowe.
W Garbowie tradycja ich przygotowywania jest mocno związana z lokalną wspólnotą. Delegacje poszczególnych sołectw przynoszą wieńce wykonane między innymi z kłosów zbóż, owoców, kwiatów, ziół i kolorowych wstążek. Nie są one wyłącznie dekoracją…symbolizowały wdzięczność za szczęśliwe zakończenie żniw i zebrane plony.
I chyba właśnie dlatego tak trudno przejść obok nich obojętnie. W każdym można zobaczyć kawałek czyjejś pracy.
Ktoś musiał zebrać odpowiednie zboże. Ktoś wymyślił kształt. Ktoś godzinami układał kłosy. Ktoś dobrał kwiaty i kolory. Ktoś inny pewnie pilnował, żeby wszystko wytrzymało drogę i prezentowało się pięknie.
To nie jest rzecz kupiona w sklepie. To jest czas, praca, tradycja i wspólnota zamknięte w jednym wieńcu.
Jest jeszcze chleb.
Na dożynkach jego znaczenie jest szczególne. To symbol plonów, dostatku, pracy rolnika i nadziei, że nikomu nie zabraknie pożywienia. Współczesne obchody często obejmują poświęcenie chleba podczas mszy, a później dzielenie się nim z mieszkańcami i gośćmi. I tak było i tym razem 😊
I właśnie ten obraz szczególnie mi się spodobał.
Bo czym innym jest chleb na sklepowej półce, a czym innym chleb, którym ludzie dzielą się ze sobą podczas święta. Nagle zwyczajna kromka przestaje być zwyczajna.
O 12:00 rozpoczęła się msza. A my z N w tym czasie oglądałyśmy kolejne stanowiska. I tutaj też można było zobaczyć, jak współczesne dożynki łączą wiele elementów.
Jest religia, bo to przecież dziękczynienie za plony.
Jest tradycja ludowa.
Jest praca rolników.
Są Koła Gospodyń Wiejskich, lokalni twórcy, regionalne potrawy, przetwory, rękodzieło.
Jest muzyka.
I jest po prostu potrzeba bycia razem.
Lubelskie dożynki bardzo mocno zachowują właśnie ten charakter. Barwne korowody, wieńce, chleby, regionalne jedzenie za darmo lub co łaska i występy zespołów ludowych są nie tylko atrakcjami, ale sposobem na podtrzymywanie lokalnych tradycji i integrowanie mieszkańców.
Podjadłyśmy, napiłyśmy się, oglądałyśmy wszystko, co tylko można było obejrzeć.
Kupiłyśmy dwa duże słoiki marynowanej cukinii, po 5 zł za sztukę. Do tego dwa słoiczki dżemu z czerwonej porzeczki: jeden z imbirem, drugi z ostrą papryczką. Też po 5 zł.
I właśnie takie rzeczy lubię najbardziej. Nie wielkie, luksusowe zakupy.
Tylko mały słoiczek czegoś przygotowanego przez kogoś lokalnie, który później stawiasz w swojej kuchni i wiesz, skąd pochodzi.
Było też wspomniane wcześniej roznoszenie chleba w koszach i częstowanie nim przybyłych. Tak po prostu. Bez wielkiej filozofii.
I chyba właśnie w takich gestach najłatwiej zobaczyć prawdziwą gościnność.
Wracając do domu zdałam sobie sprawę, że wydarzyło się coś, czego wcale nie planowałam.
Przez tych kilka godzin nie myślałam o swoich problemach.
Naprawdę. One gdzieś były. Nie zniknęły przecież magicznie. Ale zostały bardzo głęboko schowane. Na kilka godzin nie musiałam niczego analizować. Nie musiałam przewidywać. Nie musiałam się bać. Nie musiałam zastanawiać się, co będzie jutro.
Byłam tam.
Wśród ludzi.
Wśród muzyki.
Wśród kolorowych strojów.
Patrzyłam na wieńce, jadłam lokalne jedzenie, zachwycałam się słoikami z cukinią i porzeczkowym dżemem, słuchałam muzyki i po prostu byłam.
Tu i teraz. I nagle zrozumiałam, jak bardzo tego potrzebowałam.
Nie zawsze trzeba wyjeżdżać daleko. Nie zawsze trzeba mieć wielki plan. Nie trzeba kupować biletów na samolot, rezerwować hotelu ani organizować wielkiej przygody. Czasami wystarczy samochód, 20 minut drogi i decyzja: „Jedźmy zobaczyć, co się dzieje.”
A potem można znaleźć się w świecie, który wygląda trochę inaczej niż ten, w którym żyjemy na co dzień.
W świecie, gdzie ktoś własnymi rękami zrobił piękny wieniec. Gdzie chleb nadal jest symbolem czegoś więcej niż tylko jedzenia. Gdzie ludzie przynoszą swoje plony, przetwory i rękodzieło. Gdzie można poczęstować obcego człowieka kawałkiem chleba. Gdzie kobiety i mężczyźni zakładają odświętne, tradycyjne stroje. Gdzie muzyka gra na żywo, a ludzie naprawdę się spotykają.
I nagle okazuje się, że to, co wydawało się zwyczajną niedzielą, staje się małym świętem. Mamy naprawdę piękne tradycje. Wracałam z Garbowa zachwycona. Strojami. Wieńcami. Muzyką. Jedzeniem. Ludźmi. Tą naturalnością i swojskością.
Ale najbardziej chyba zachwyciło mnie to, że te tradycje nadal żyją. Nie są tylko eksponatem w muzeum. Można je zobaczyć, dotknąć, usłyszeć i posmakować. Można zobaczyć młodszych i starszych ludzi stojących obok siebie w jednym korowodzie. I pomyśleć: „Tak, mamy naprawdę piękne tradycje.” Tylko czasami trzeba zwolnić, żeby je zauważyć.
Tego dnia nie wydarzyło się nic spektakularnego. Nie zdobyłam żadnego szczytu. Nie zobaczyłam nowego kraju. Nie zrobiłam niczego, czym można byłoby pochwalić się w wielkiej podróżniczej relacji. Po prostu pojechałam na Dożynki. A jednak wróciłam z czymś bardzo ważnym. Z kilkoma słoikami przetworów. Z zapachem końca lata. Z obrazem kolorowych wieńców przed oczami. Z poczuciem, że uczestniczyłam w czymś prawdziwym. I z kilkoma godzinami, podczas których moje troski przestały być najważniejszą rzeczą na świecie.
I może właśnie dlatego te zwyczajne kilka godzin okazało się dla mnie czymś niezwykłym. Bo czasami życie nie potrzebuje wielkiej zmiany. Czasami wystarczy je na chwilę odczarować 🌾☀️💛
Spodobał Ci się tekst?
· To teraz czas na Ciebie 😊 Będzie mi miło, jeśli zostaniemy w kontakcie;
· Odezwij się w komentarzu, dla Ciebie to chwila, dla mnie to bardzo ważna wskazówka;
· Jeśli uważasz, że wpis ten jest wartościowy lub chciałbyś podzielić się z innymi czytelnikami – udostępnij mój post – oznacza to, że doceniasz moją pracę;
· Bądźmy w kontakcie, obserwuj mój blog oraz polub mnie na Facebooku i Instagramie.

















Komentarze
Prześlij komentarz