W sercu Uniwersytet Marii Curie-Skłodowskiej, tam gdzie lessowe wąwozy splatają się z nurtem Czechówki, ukryty jest świat, który bardziej przypomina szept dawnej baśni niż fragment miasta. Ogród Botaniczny UMCS nie jest zwykłym ogrodem… To zielona kronika Lublina, miejsce, gdzie czas płynie wolniej, a każda alejka pamięta inną historię.
Powstał z marzenia naukowców tuż po wojnie, kiedy profesor Józef Motyka zapragnął stworzyć przestrzeń, w której natura stanie się biblioteką życia. Oficjalnie ogród otwarto w 1965 roku, lecz jego korzenie zaczęły kiełkować dużo wcześniej. Najpierw wśród akademickich budynków UMCS, potem na dawnym Sławinku, pośród pól, starych drzew i zapomnianych ścieżek.
Dziś ogród rozciąga się na ponad 21 hektarach falującego terenu i szczególną aurę nadaje mu historia dawnego folwarku i uzdrowiska. To tutaj znajdował się dworek związany z rodziną Kościuszków. Według lokalnych opowieści młody Tadeusz Kościuszko spacerował tymi alejami, projektował nasadzenia lip i odpoczywał w cieniu starych drzew. Źródła żelazistej wody przyciągały kuracjuszy, zanim wojny i czas nie odebrały temu miejscu dawnej świetności. Ogród jednak przywrócił temu zakątkowi życie…cichsze, bardziej zielone i pełne harmonii. Niestety… w dniu w którym dane mi było poczuć magię ogrodu, Dworek był zamknięty dla odwiedzających, więc na pewno tam wrócę.
Najbardziej niezwykłe w tym miejscu jest jednak to, że nie narzuca pośpiechu. Można tu usiąść nad stawem i patrzeć, jak wiatr porusza gałęziami wierzb. Można zgubić się w arboretum i odnaleźć zapach dzieciństwa. Można spacerować bez celu, aż miasto przestanie istnieć gdzieś za ścianą zieleni. Telefon milknie gdzieś w kieszeni, kroki zwalniają, a człowiek nagle zauważa rzeczy, które niektórym w zabieganej codzienności umykają… światło przesuwające się po liściach, ciepłe promienie Słońca na twarzy, cichy taniec traw na wietrze i oszałamiający zapach. Zdecydowanie dla mnie za bramą tego ogrodu codzienność zaczęła się rozpuszczać....
W połowie Maja, spacer w ogrodzie przypominał mi trochę sen. Bzy pachną intensywnie i słodko, a aleje toną w świeżej zieleni tak soczystej, że wydaje się niemal nierealna. Wszystko żyje delikatniej. Słońce podczas złotej godziny przesącza się przez drzewa i rysuje na ścieżkach złote plamy światła podkreślając dodatkowo delikatnie kolor naszych włosów.
W takich chwilach codzienność przestaje być czymś, od czego trzeba uciekać.
Bo czasem odczarowanie codzienności zaczyna się od jednej alejki w ogrodzie botanicznym.
Spodobał Ci się tekst?
· To teraz czas na Ciebie 😊 Będzie mi miło, jeśli zostaniemy w kontakcie;
· Odezwij się w komentarzu, dla Ciebie to chwila, dla mnie to bardzo ważna wskazówka;
· Jeśli uważasz, że wpis ten jest wartościowy lub chciałbyś podzielić się z innymi czytelnikami – udostępnij mój post – oznacza to, że doceniasz moją pracę;
· Bądźmy w kontakcie, obserwuj mój blog oraz polub mnie na Facebooku i Instagramie.
Powstał z marzenia naukowców tuż po wojnie, kiedy profesor Józef Motyka zapragnął stworzyć przestrzeń, w której natura stanie się biblioteką życia. Oficjalnie ogród otwarto w 1965 roku, lecz jego korzenie zaczęły kiełkować dużo wcześniej. Najpierw wśród akademickich budynków UMCS, potem na dawnym Sławinku, pośród pól, starych drzew i zapomnianych ścieżek.
Dziś ogród rozciąga się na ponad 21 hektarach falującego terenu i szczególną aurę nadaje mu historia dawnego folwarku i uzdrowiska. To tutaj znajdował się dworek związany z rodziną Kościuszków. Według lokalnych opowieści młody Tadeusz Kościuszko spacerował tymi alejami, projektował nasadzenia lip i odpoczywał w cieniu starych drzew. Źródła żelazistej wody przyciągały kuracjuszy, zanim wojny i czas nie odebrały temu miejscu dawnej świetności. Ogród jednak przywrócił temu zakątkowi życie…cichsze, bardziej zielone i pełne harmonii. Niestety… w dniu w którym dane mi było poczuć magię ogrodu, Dworek był zamknięty dla odwiedzających, więc na pewno tam wrócę.
Najbardziej niezwykłe w tym miejscu jest jednak to, że nie narzuca pośpiechu. Można tu usiąść nad stawem i patrzeć, jak wiatr porusza gałęziami wierzb. Można zgubić się w arboretum i odnaleźć zapach dzieciństwa. Można spacerować bez celu, aż miasto przestanie istnieć gdzieś za ścianą zieleni. Telefon milknie gdzieś w kieszeni, kroki zwalniają, a człowiek nagle zauważa rzeczy, które niektórym w zabieganej codzienności umykają… światło przesuwające się po liściach, ciepłe promienie Słońca na twarzy, cichy taniec traw na wietrze i oszałamiający zapach. Zdecydowanie dla mnie za bramą tego ogrodu codzienność zaczęła się rozpuszczać....
W połowie Maja, spacer w ogrodzie przypominał mi trochę sen. Bzy pachną intensywnie i słodko, a aleje toną w świeżej zieleni tak soczystej, że wydaje się niemal nierealna. Wszystko żyje delikatniej. Słońce podczas złotej godziny przesącza się przez drzewa i rysuje na ścieżkach złote plamy światła podkreślając dodatkowo delikatnie kolor naszych włosów.
W takich chwilach codzienność przestaje być czymś, od czego trzeba uciekać.
Bo czasem odczarowanie codzienności zaczyna się od jednej alejki w ogrodzie botanicznym.
Spodobał Ci się tekst?
· To teraz czas na Ciebie 😊 Będzie mi miło, jeśli zostaniemy w kontakcie;
· Odezwij się w komentarzu, dla Ciebie to chwila, dla mnie to bardzo ważna wskazówka;
· Jeśli uważasz, że wpis ten jest wartościowy lub chciałbyś podzielić się z innymi czytelnikami – udostępnij mój post – oznacza to, że doceniasz moją pracę;
· Bądźmy w kontakcie, obserwuj mój blog oraz polub mnie na Facebooku i Instagramie.






























Komentarze
Prześlij komentarz