Pierwsze spotkanie z Zalewem Zemborzyckim

Był początek Maja, zaraz po długim weekendzie. Powietrze miało w sobie tę lekkość, która pojawia się tylko na chwilę, między wiosną a latem, kiedy wszystko wydaje się jeszcze możliwe. To właśnie wtedy po raz pierwszy razem z Córcią pojechałyśmy nad Zalew Zemborzycki w Lublinie.



Zdążyłyśmy w ostatniej chwili kiedy Słońce chowało się tuż za drzewami, ale jeszcze dało przepiękny pokaz. Niebo w wielu barwach od pastelowych niebieskich, po intensywną żółć, pomarańcz i czerwień. Światło rozlewało się po tafli wody tak miękko, jakby ktoś malował je pędzlem, bez pośpiechu. Lśniło…


Moja codzienność w tym momencie straciła swoją ciężkość. I nie, nie wydarzyło się nic spektakularnego. Nikt nie powiedział nic ważnego. Nie było żadnego „przełomu”. A jednak ten zachód Słońca miał w sobie coś, co trudno opisać słowami… ciszę, która nie była pustką, tylko obecnością.

Patrzyłam, jak Słońce chowa się powoli za linią drzew, a kolory na niebie stają się coraz głębsze, bardziej nasycone, jakby chciały zostać na dłużej. Woda odbijała wszystko wiernie, ale jednocześnie trochę inaczej, tak jakby pokazywała drugą, spokojniejszą wersję świata.








Warto sobie czasami przypomnieć, że odczarowanie codzienności nie polega na tym, żeby ją zmieniać. Wystarczy czasem zobaczyć ją naprawdę, taką jaka jest w tej danej chwili.

W końcu… Magia nie przychodzi z zewnątrz. Ona zaczyna się dokładnie tam, gdzie decydujemy się naprawdę być.















Spodobał Ci się tekst?

· To teraz czas na Ciebie 😊 Będzie mi miło, jeśli zostaniemy w kontakcie;
· Odezwij się w komentarzu, dla Ciebie to chwila, dla mnie to bardzo ważna wskazówka;
· Jeśli uważasz, że wpis ten jest wartościowy lub chciałbyś podzielić się z innymi czytelnikami – udostępnij mój post – oznacza to, że doceniasz moją pracę;
· Bądźmy w kontakcie, obserwuj mój blog oraz polub mnie na Facebooku i Instagramie.


Komentarze