Nadal słyszę, że w Polsce „nie ma tej zażyłości”, że ludzie są bardziej zamknięci, że gdzieś indziej, jak np. na południu Europy życie toczy się bliżej siebie, bliżej ludzi. I za każdym razem myślę: Naprawdę?
Bo ja pamiętam coś zupełnie innego 😊
Pamiętam ogródki pełne rozmów. Stoły, przy których kawa zawsze smakowała lepiej, bo była pretekstem do bycia razem. Pamiętam sąsiadów, którzy nie byli tylko „z naprzeciwka”, ale byli częścią codzienności, tak naturalną jak poranna herbata. Pamiętam wymiany... kilka ogórków za jabłka, ciasto za garść malin, śliwki węgierki za okrągłe (nie pamiętam ich nazwy) itd. Nikt tego nie nazywał „lokalną społecznością”. To było po prostu życie.
Dzieci biegały od domu do domu, bez zapowiedzi, bez telefonów. Drzwi zawsze były otwarte, a za nimi zawsze czekało coś więcej niż poczęstunek. Czekało ciepło, śmiech, obecność.
I kiedy dorosłam, to wcale nie zniknęło.
Zmieniły się miejsca, tempo, może trochę rytm dnia, ale nie ludzie (przynajmniej ja zawsze na takich prędzej czy później trafiałam i wciąż trafiam😊), nie potrzeba bliskości. Wciąż odnajdywałam ją również jako dorosła Kobieta, żona i Mama w wakacyjnych wyjazdach do małej świętokrzyskiej miejscowości, gdzie życie nie zwalniało, a po prostu płynęło inaczej. Uroczystości, spotkania, święta… tam nikt nie zastanawiał się, czy „wypada” wpaść. Po prostu się wpadało, jak wtedy gdy byłam sama dzieckiem.
Przyszła też codzienność w dużo większym mieście.
I przez chwilę rzeczywiście wydawało mi się, że coś się urwało. Że żeby spotkać się na kawę, trzeba planować. Że spontaniczność przegrała z logistyką. Że „blisko” nagle znaczy „po drugiej stronie miasta”. Ale to nie była prawda. To było tylko przekonanie, które zaczęto mi wbijać do głowy.
Bo wystarczyło jedno miejsce. Jedno „tu i teraz”. Kawa wypita nie w biegu, ale w obecności innych. Aperitivo po dniu, który aż prosił się o zatrzymanie. Rozmowy z sąsiadami, których wcześniej mijało się w milczeniu. Śmiech z zupełnie obcymi ludźmi, który nagle przestaje być obcy.
I nagle okazuje się, że to wszystko… wciąż tu jest.
Nie trzeba wyjeżdżać do Italii (swoją drogą bardzo lubię i gdybym tylko mogła jeździłabym tam przynajmniej raz w roku), żeby poczuć bliskość. Nie trzeba zmieniać kraju, żeby mieć „swoje miejsce”. Czasem wystarczy wyjść z domu. Usiąść gdzieś bliżej ludzi. Uśmiechnąć się pierwszym.
Albo po prostu zaparzyć kawę w swoim ogródku i dać się wciągnąć w rozmowę przez płot 😉
Spodobał Ci się tekst?
· To teraz czas na Ciebie 😊 Będzie mi miło, jeśli zostaniemy w kontakcie;
· Odezwij się w komentarzu, dla Ciebie to chwila, dla mnie to bardzo ważna wskazówka;
· Jeśli uważasz, że wpis ten jest wartościowy lub chciałbyś podzielić się z innymi czytelnikami – udostępnij mój post – oznacza to, że doceniasz moją pracę;
· Bądźmy w kontakcie, obserwuj mój blog oraz polub mnie na Facebooku i Instagramie.
Bo ja pamiętam coś zupełnie innego 😊
Pamiętam ogródki pełne rozmów. Stoły, przy których kawa zawsze smakowała lepiej, bo była pretekstem do bycia razem. Pamiętam sąsiadów, którzy nie byli tylko „z naprzeciwka”, ale byli częścią codzienności, tak naturalną jak poranna herbata. Pamiętam wymiany... kilka ogórków za jabłka, ciasto za garść malin, śliwki węgierki za okrągłe (nie pamiętam ich nazwy) itd. Nikt tego nie nazywał „lokalną społecznością”. To było po prostu życie.
Dzieci biegały od domu do domu, bez zapowiedzi, bez telefonów. Drzwi zawsze były otwarte, a za nimi zawsze czekało coś więcej niż poczęstunek. Czekało ciepło, śmiech, obecność.
I kiedy dorosłam, to wcale nie zniknęło.
Zmieniły się miejsca, tempo, może trochę rytm dnia, ale nie ludzie (przynajmniej ja zawsze na takich prędzej czy później trafiałam i wciąż trafiam😊), nie potrzeba bliskości. Wciąż odnajdywałam ją również jako dorosła Kobieta, żona i Mama w wakacyjnych wyjazdach do małej świętokrzyskiej miejscowości, gdzie życie nie zwalniało, a po prostu płynęło inaczej. Uroczystości, spotkania, święta… tam nikt nie zastanawiał się, czy „wypada” wpaść. Po prostu się wpadało, jak wtedy gdy byłam sama dzieckiem.
Przyszła też codzienność w dużo większym mieście.
I przez chwilę rzeczywiście wydawało mi się, że coś się urwało. Że żeby spotkać się na kawę, trzeba planować. Że spontaniczność przegrała z logistyką. Że „blisko” nagle znaczy „po drugiej stronie miasta”. Ale to nie była prawda. To było tylko przekonanie, które zaczęto mi wbijać do głowy.
Bo wystarczyło jedno miejsce. Jedno „tu i teraz”. Kawa wypita nie w biegu, ale w obecności innych. Aperitivo po dniu, który aż prosił się o zatrzymanie. Rozmowy z sąsiadami, których wcześniej mijało się w milczeniu. Śmiech z zupełnie obcymi ludźmi, który nagle przestaje być obcy.
I nagle okazuje się, że to wszystko… wciąż tu jest.
Nie trzeba wyjeżdżać do Italii (swoją drogą bardzo lubię i gdybym tylko mogła jeździłabym tam przynajmniej raz w roku), żeby poczuć bliskość. Nie trzeba zmieniać kraju, żeby mieć „swoje miejsce”. Czasem wystarczy wyjść z domu. Usiąść gdzieś bliżej ludzi. Uśmiechnąć się pierwszym.
Albo po prostu zaparzyć kawę w swoim ogródku i dać się wciągnąć w rozmowę przez płot 😉
Spodobał Ci się tekst?
· To teraz czas na Ciebie 😊 Będzie mi miło, jeśli zostaniemy w kontakcie;
· Odezwij się w komentarzu, dla Ciebie to chwila, dla mnie to bardzo ważna wskazówka;
· Jeśli uważasz, że wpis ten jest wartościowy lub chciałbyś podzielić się z innymi czytelnikami – udostępnij mój post – oznacza to, że doceniasz moją pracę;
· Bądźmy w kontakcie, obserwuj mój blog oraz polub mnie na Facebooku i Instagramie.





Komentarze
Prześlij komentarz