Znów przyszły trudne chwile. Takie, które zatrzymują oddech i sprawiają, że wszystko inne przestaje mieć znaczenie. Nie potrafię policzyć, ile razy już przez to przechodziłam, i wiem, że jeszcze nie raz przyjdzie mi się z tym zmierzyć. Tak samo jak przychodzą momenty szczęścia, tak i te bolesne są częścią życia. Każdego dnia coś się kończy i coś zaczyna na nowo. Czasem ledwo to zauważamy, a czasem czujemy, jakby kończył się cały nasz świat, ten świat który znaliśmy do tej pory... Każdy z nas to przechodzi. Częściej, rzadziej, ale u każdego takie chwile w życiu mają miejsce...
Przez lata powtarzałam jak mantrę słowa przypisywane Friedrich Nietzsche: „Co nas nie zabije, to nas wzmocni”. Brzmiało dumnie. Twardo. Dawało poczucie sensu w chaosie. Jeśli boli to znaczy, że rosnę. Jeśli upadam to po to, by wstać silniejsza.
Dzisiaj myślę, że to jedno z najbardziej romantyzowanych zdań o cierpieniu i szczerze mówiąc nieprawdziwe przekonanie wbijane przez lata mi do głowy.
Prawda jest zdecydowanie mniej efektowna.
Nie wszystko, co nas nie zabije, nas wzmacnia. Niektóre rzeczy nas łamią. Niektóre zostawiają w nas pęknięcia, z którymi uczymy się żyć. Trauma nie jest siłownią charakteru. Przewlekły stres nie jest treningiem mentalnym. Strata nie jest warsztatem rozwoju osobistego.
Czasem to, co nas nie zabije, po prostu nas rani.
Owszem…możemy z bólu coś zbudować. Możemy nauczyć się stawiać granice. Możemy odkryć w sobie czułość, której wcześniej nie znałyśmy. Możemy przewartościować życie. Ale to nie cierpienie nas wzmacnia. Robimy to my, jeśli mamy zasoby, wsparcie i czas… próbujemy nadać mu sens.
I to jest ogromna różnica.
Przez lata wierzyłam, że muszę być „silniejsza” po każdym kryzysie. Że jeśli coś mnie złamało, to znaczy, że za mało się starałam. Że prawdziwa dojrzałość polega na tym, by podziękować za trudne doświadczenia.
Dzisiaj pozwalam sobie powiedzieć, a nawet wykrzyczeć: „Nie, nie jestem wdzięczna za wszystko, co mnie spotkało i wdzięczna nie będę, tak samo jak nie zawsze wybaczam i będę wybaczać (podobno dla mojego dobra – kolejna wmawiana nam bzdura, która nie zawsze jest konieczna)!”
Niektóre rzeczy były po prostu za trudne. Niepotrzebne. Niesprawiedliwe.
I paradoksalnie to właśnie odejście od przymusu bycia silną i nie wybaczenie „komuś” dało mi więcej siły niż wszystkie motywacyjne cytaty razem wzięte.
Może więc prawdziwa dojrzałość nie polega na tym, by udawać, że każde cierpienie nas hartuje i że musimy innym wybaczać dla samych siebie. Może polega na tym, by uznać własne rany. Nie minimalizować ich. Nie przykrywać hasłami z kubków i plakatów.
Nie wszystko musi nas wzmacniać. Czasem wystarczy, że nas nie zniszczy.
A czasem, że pozwolimy sobie być słabi. I to też będzie w porządku 💜
Spodobał Ci się tekst?
· To teraz czas na Ciebie 😊 Będzie mi miło, jeśli zostaniemy w kontakcie;
· Odezwij się w komentarzu, dla Ciebie to chwila, dla mnie to bardzo ważna wskazówka;
· Jeśli uważasz, że wpis ten jest wartościowy lub chciałbyś podzielić się z innymi czytelnikami – udostępnij mój post – oznacza to, że doceniasz moją pracę;
· Bądźmy w kontakcie, obserwuj mój blog oraz polub mnie na Facebooku i Instagramie.
Przez lata powtarzałam jak mantrę słowa przypisywane Friedrich Nietzsche: „Co nas nie zabije, to nas wzmocni”. Brzmiało dumnie. Twardo. Dawało poczucie sensu w chaosie. Jeśli boli to znaczy, że rosnę. Jeśli upadam to po to, by wstać silniejsza.
Dzisiaj myślę, że to jedno z najbardziej romantyzowanych zdań o cierpieniu i szczerze mówiąc nieprawdziwe przekonanie wbijane przez lata mi do głowy.
Prawda jest zdecydowanie mniej efektowna.
Nie wszystko, co nas nie zabije, nas wzmacnia. Niektóre rzeczy nas łamią. Niektóre zostawiają w nas pęknięcia, z którymi uczymy się żyć. Trauma nie jest siłownią charakteru. Przewlekły stres nie jest treningiem mentalnym. Strata nie jest warsztatem rozwoju osobistego.
Czasem to, co nas nie zabije, po prostu nas rani.
Owszem…możemy z bólu coś zbudować. Możemy nauczyć się stawiać granice. Możemy odkryć w sobie czułość, której wcześniej nie znałyśmy. Możemy przewartościować życie. Ale to nie cierpienie nas wzmacnia. Robimy to my, jeśli mamy zasoby, wsparcie i czas… próbujemy nadać mu sens.
I to jest ogromna różnica.
Przez lata wierzyłam, że muszę być „silniejsza” po każdym kryzysie. Że jeśli coś mnie złamało, to znaczy, że za mało się starałam. Że prawdziwa dojrzałość polega na tym, by podziękować za trudne doświadczenia.
Dzisiaj pozwalam sobie powiedzieć, a nawet wykrzyczeć: „Nie, nie jestem wdzięczna za wszystko, co mnie spotkało i wdzięczna nie będę, tak samo jak nie zawsze wybaczam i będę wybaczać (podobno dla mojego dobra – kolejna wmawiana nam bzdura, która nie zawsze jest konieczna)!”
Niektóre rzeczy były po prostu za trudne. Niepotrzebne. Niesprawiedliwe.
I paradoksalnie to właśnie odejście od przymusu bycia silną i nie wybaczenie „komuś” dało mi więcej siły niż wszystkie motywacyjne cytaty razem wzięte.
Może więc prawdziwa dojrzałość nie polega na tym, by udawać, że każde cierpienie nas hartuje i że musimy innym wybaczać dla samych siebie. Może polega na tym, by uznać własne rany. Nie minimalizować ich. Nie przykrywać hasłami z kubków i plakatów.
Nie wszystko musi nas wzmacniać. Czasem wystarczy, że nas nie zniszczy.
A czasem, że pozwolimy sobie być słabi. I to też będzie w porządku 💜
Spodobał Ci się tekst?
· To teraz czas na Ciebie 😊 Będzie mi miło, jeśli zostaniemy w kontakcie;
· Odezwij się w komentarzu, dla Ciebie to chwila, dla mnie to bardzo ważna wskazówka;
· Jeśli uważasz, że wpis ten jest wartościowy lub chciałbyś podzielić się z innymi czytelnikami – udostępnij mój post – oznacza to, że doceniasz moją pracę;
· Bądźmy w kontakcie, obserwuj mój blog oraz polub mnie na Facebooku i Instagramie.

Komentarze
Prześlij komentarz