Jak czytanie odczarowało moją codzienność

Są dni, kiedy wszystko jest szare. Nie dramatycznie. Nie boleśnie. Po prostu zwyczajnie.



Budzik dzwoni o tej samej porze. Woda na herbatę gotuje się jak wczoraj. Tramwaj jedzie tą samą trasą. Ja.. trochę w półśnie, trochę w pośpiechu powtarzam gesty, które znam na pamięć.

I wtedy otwieram książkę… I nagle rozumiem coś ważnego… magia nie jest gdzieś daleko. Ona tylko potrzebuje, żeby ktoś ją nazwał.




A wszystko zaczęło się od Ani… Od rudowłosej dziewczynki z wyobraźnią większą niż Zielone Wzgórze 😊



Kiedy jako dziecko czytałam Anie z Zielonego Wzgórza, nie wiedziałam jeszcze, że uczę się najważniejszej rzeczy… zachwytu 😊

Ania potrafiła nadać nazwę każdej ścieżce. Każdemu drzewu. Każdemu zachodowi słońca (później i my z Przyjaciółką robiłyśmy to samo. Pamiętasz B? 😊). Jej świat nie był zwykły, on był „najpiękniejszy”, „najbardziej czarujący”, „najbardziej niezwykły” I coś z tej przesady zostało we mnie do dziś.

Do dziś, kiedy widzę różowe niebo, mam ochotę nadać mu imię. Do dziś wierzę, że w zwykłym dniu może wydarzyć się coś „przełomowego”. Do dziś pozwalam sobie na odrobinę romantyzmu, nawet jeśli świat woli pragmatyzm.

Ania nauczyła mnie, że wyobraźnia nie jest ucieczką. Jest sposobem widzenia.

Zwykłe dni zaczęły mieć warstwy…

Gdy później sięgałam po Małego Księcia, zaczęłam inaczej patrzeć na ludzi. Zastanawiać się, jaką planetę w sobie noszą. Kto w ich życiu jest lisem. Za czym tęsknią, choć o tym nie mówią.

Czytanie jako czułość wobec życia…

Książki zrobiły ze mną coś jeszcze. Spowolniły mnie.

W świecie, który każe przyspieszać, czytanie jest dla mnie aktem sprzeciwu. Siadam. Odkładam telefon. Zostaję tylko ja i słowa.



I wtedy dzieje się coś cichego, ale potężnego… zaczynam być obecna. Zauważam światło wpadające przez okno. Dźwięk czajnika. Zapach papieru. Własny oddech. To tak, jakby literatura uczyła mnie czytać nie tylko książki, ale i życie. Moja mała magia...

Nie potrzebuję wielkich zmian, by poczuć, że żyję głębiej. Wystarczy kilka stron przed snem, rozdział w niedzielne popołudnie, powrót do Ani, kiedy świat wydaje się zbyt poważny.



Czytanie oczywiście nie rozwiązuje problemów. Nie sprawia, że problemy czy obowiązki znikają, ale sprawia, że ja staję się większa niż moja lista zadań.

I może właśnie na tym polega odczarowanie codzienności? Nie na tym, by ją zmienić, ale by zobaczyć w niej historię.



A jeśli czasem brakuje mi zachwytu, wracam myślami na Zielone Wzgórze.
I przypominam sobie, że świat naprawdę można nazwać pięknym, nawet w zwykłą środę.

Wracam do Ani z Zielonego Wzgórza częściej, niż wypada „poważnej” dorosłej kobiecie. I za każdym razem odkrywam, że ta rudowłosa dziewczynka wiedziała o życiu więcej, niż mi się kiedyś wydawało.

Dziś czytam ją inaczej. Wolniej. Uważniej. I znajduję lekcje, których bardzo potrzebuję.

1. Zachwyt nie jest naiwnością

Dorosłość często myli realizm z rezygnacją. Uczy nas tonować emocje, nie przesadzać, „nie ekscytować się byle czym”.

Ania ekscytowała się wszystkim. Zachodem słońca. Kwitnącą jabłonią. Nową sukienką z bufkami. I może właśnie to jest pierwsza lekcja… zachwyt to nie dziecinność. To odwaga widzenia piękna w świecie, który zbyt szybko staje się funkcjonalny i praktyczny.

Dorosła kobieta może pozwolić sobie na wzruszenie. Na romantyzm. Na nazwanie ścieżki „Aleją Zachwycających Szeptów”, nawet jeśli to tylko droga do pracy.

2. Wrażliwość jest siłą

Ania czuła intensywnie. Zbyt intensywnie według wielu dorosłych wokół niej. Dziś wiem, jak często kobiety uczą się tłumić swoją emocjonalność, żeby „nie przesadzać”, „nie dramatyzować”, „nie być zbyt”. A przecież to właśnie wrażliwość pozwala budować głębokie relacje, tworzyć, współodczuwać. Ania nie przepraszała za to, że czuje mocno. Może my też nie musimy.

3. Można mieć ambicje i marzenia jednocześnie

Czasem czytamy tę historię jak opowieść o wyobraźni. Ale to także historia o pracy, konsekwencji i ambicji. Ania chciała się uczyć. Chciała być najlepsza. Chciała czegoś więcej. Dorosła kobieta może z tej historii wziąć zgodę na rozwój, bez poczucia winy. Na pragnienie więcej. Na sięganie wyżej, nawet jeśli ktoś uważa, że „to już wystarczy”.

4. Błędy nie przekreślają wartości

Rozlana porzeczkowa nalewka. Pomyłki. Zbyt impulsywne decyzje. Ania popełniała błędy spektakularnie. I równie spektakularnie się ich wstydziła, ale szła dalej. To chyba jedna z najważniejszych lekcji dla dorosłej kobiety, że pomyłka nie odbiera nam prawa do bycia kochaną. Nie odbiera nam wartości. Nie zamyka historii.

5. Wyobraźnia ratuje codzienność

Najbardziej jednak uczę się od Ani czegoś, co jest mi dziś szczególnie potrzebne… wyobraźnia nie jest ucieczką od rzeczywistości. Jest sposobem jej przeżywania. To ona sprawia, że zwykły dom może stać się miejscem z duszą, rutyna może mieć rytm, życie może być opowieścią. Dorosłość nie musi oznaczać utraty tej zdolności. Może oznaczać świadome pielęgnowanie jej.

Czasem myślę, że każda z nas ma w sobie trochę Ani.

Tę część, która chce wierzyć, że świat jest piękny.
Tę, która marzy o „czymś więcej”.
Tę, która wciąż potrafi się zachwycić.

Może odczarowanie codzienności zaczyna się właśnie tam,
w zgodzie na tę rudowłosą dziewczynkę w nas. A Ty jak myślisz?












Spodobał Ci się tekst?

· To teraz czas na Ciebie 😊 Będzie mi miło, jeśli zostaniemy w kontakcie;
· Odezwij się w komentarzu, dla Ciebie to chwila, dla mnie to bardzo ważna wskazówka;
· Jeśli uważasz, że wpis ten jest wartościowy lub chciałbyś podzielić się z innymi czytelnikami – udostępnij mój post – oznacza to, że doceniasz moją pracę;
· Bądźmy w kontakcie, obserwuj mój blog oraz polub mnie na Facebooku i Instagramie.

Komentarze